Udostępnij

Sprawdź, komu oddajesz się w opiekę…

Sprawdź, komu oddajesz się w opiekę…

Jedni twierdzą, że tzw. uzdrowiciele to zwykli szarlatani i oszuści, którzy żerują na naiwności ludzi w wielu przypadkach stojących nad grobem, desperacko błagających o ratunek. Inni uważają, że naprawdę im pomogli. Opowiadają z wypiekami na twarzy o tajemniczej energii, która podtrzymuje ich gasnący płomyk życia.

W Polsce działa kilkadziesiąt tysięcy różnego rodzaju "uzdrowicieli". Ich działalność wzbudza spore zainteresowanie, zarówno wśród sceptyków jak i tych, którzy im wierzą. Przyciąga do nich aura tajemniczości, niezwykłości i rzekomo szybkie efekty terapii. Cierpiący na rozmaite dolegliwości są najczęściej przekonywani przez znajomą, której sąsiadki syna szwagrowi „pomogło".

Najczęściej, gdy lekarz nie pozostawi wątpliwości co do możliwości wyleczenia, wówczas desperacja prowadzi chorych do tzw. „uzdrowiciela". Tacy pacjenci tak bardzo chcą, by ich nieodgadnięta energia im pomogła, że często ślepo wierzą w to, co „uzdrowiciel" mówi i robi. Najczęściej dłonie są kluczowym narzędziem w jego pracy, delikatnie krąży nimi nad chorym, by przekazać „uzdrawiającą energię", która płynie z kosmosu, a on sam jest kanałem dla niej. Na razie jednak nikt tak naprawdę nie zbadał, co to za energia i czy w ogóle istnieje. Chorzy jednak wierzą i być może nie żadna wielka moc, a wiara w wyzdrowienie potrafi czynić cuda…

Wierzysz w 52 procentach

Krystyna z okolic Rzeszowa kilka lat temu była u radiestety w Krościenku.

– Szczerze mówiąc, nie do końca byłam przekonana do tej wizyty. Okoliczni mieszkańcy mówili, że to poczciwy staruszek, który pomógł wielu ludziom. Miałam wątpliwości, bo słyszałam o naciągaczach, którzy chcą jedynie zarobić, ale przekonało mnie to, że mężczyzna nigdy nie przyjmuje pieniędzy.

Radiesteta mieszkał w starym drewnianym domku w bieszczadzkiej głuszy. – Zapytał, czy wierzę, że może mi pomóc, bo tylko wówczas moja wizyta ma sens. Wyciągnął wahadełko i krążąc nad moją głową sam odpowiedział na swoje pytanie. Przyrząd rzekomo powiedział mu, w ilu procentach wierzę, ponieważ liczba była niewiele większa od 50 proc. zastanawiał się, czy mnie nie wyprosić. Jednak zostałam.

– Jak wyglądało badanie? Krążył dłońmi nad moim ciałem. Czułam lekkie dreszcze i przyjemne ciepło, ale w miejscu, które było chore, poczułam uderzenie gorąca. Zalecił mi akupresurę, polega ona na dotykaniu, uciskaniu określonych miejsc na ciele człowieka, oraz pewną mieszankę ziół. Czy uwierzyłam? Stosowałam się do zaleceń, ale do tej pory mam mieszane uczucia.

Uzdrowię Cię przez Internet

Być może staruszek, do którego trafiła pani Krysia, bardziej leczy wiarą w wyzdrowienie niż swoją mocą. Biorąc choćby pod uwagę fakt, że współczesne badania medyczne wskazują, że skuteczność akupresury nie wykracza ponad placebo, a pacjenci odczuwają przypływ energii, bo masowanie punktów rozluźnia ciało i likwiduje ucisk w różnych częściach ciała. Ale na pewno nie można nazwać go oszustem, bo nadzieję daje ludziom bezinteresownie. Jak nazwać jednak uzdrawiacza z Internetu, który rzekomo leczy z niemal każdej dolegliwości? Co więcej, wcale nie musimysię osobiście fatygować na wizytę, bo internetowi „uzdrowiciele" idą z duchem czasu i korzystają z nowoczesnych technologii. Twierdzą, że swoje cudowne właściwości bez problemu prześlą za pomocą sms-ów, telefonu, poprzez komunikator internetowy czy przez przesyłanie zdjęcia. Wystarczy zrobić przelew na ich konto, a bóle ustąpią. Niestety, coraz więcej szarlatanów naciąga w ten sposób naiwnych ludzi.

Gołoręki chirurg

A jak nazwiemy pewnego sprytnego Filipińczyka, który dokonywał spektakularnych operacji bez użycia skalpela? Kilkunastominutowy seans, podczas którego szarlatan wypowiada kilka tajemniczych słów w obcym języku kosztował w Gostyniu 140 zł. Czy jego pacjenci zostali wyleczeni, czy naciągnięci? Czy to możliwe, by dostał się do wnętrza ludzkiego ciała i bez ubocznych skutków dał ulgę w cierpieniu?

Otóż lekarze przeprowadzili analizę próbek substancji, które rzekomo wyciekały z ciała pacjenta podczas operacji. Była to krew i ślina. Badanie porównawcze, podczas którego ustalano DNA obu substancji wykazało, że próbka krwi pochodzi od krowy. Po co była ta cała maskarada? Być może, by zasugerować, że palce uzdrowiciela były „w środku"? I jak nazwiemy tego człowieka?… Uzdrowicielem? A co powiemy o Henryku, który nie tak dawno był bohaterem jednego z programów telewizyjnych, a leczy swoje pacjentki, uprawiając z nimi seks. Nie ukrywa zresztą, że „leczenie" sprawia mu wielką przyjemność… Czy jest uzdrowicielem, czy zwykłym zboczeńcem?

Fałszywa nadzieja

W niektórych przypadkach gołym okiem widać, że interes szarlatana jest mocno naciągany. Co więc ludzi pcha w ich łapy? – W Polsce leczyć się nie jest łatwo. Naszą służbę zdrowia cechuje przede wszystkim: biurokracja, ciągły brak pieniędzy na… wszystko i nieodparte wrażenie, że pacjenci przeszkadzają w pracy personelowi. Być może to? Mój znachor zawsze powie ciepłe słowo, daje ludziom nadzieję, gdy już jej nie ma – mówi 68-letnia Hanna z okolic Przeworska, która regularnie odwiedza pewnego „terapeutę". – Mnie to pomaga na duszę – dodaje.

Jak zostać „uzdrowicielem"?

W świetle polskich przepisów, uzdrowicielem może zostać właściwie każdy, kto zarejestruje działalność gospodarczą w odpowiednim urzędzie i regularnie płaci podatki. Według szacunkowych danych resortu zdrowia, w Polsce trudni się tym około 40 tysięcy osób. Co roku Polacy zostawiają w ich gabinetach ponad 6,3 miliarda złotych.

-Nad „uzdrowicielami", od których zależy zdrowie, a nawet życie tysięcy ludzi, nie czuwa Ministerstwo Zdrowia, a izby rzemieślnicze – wyjaśnia Zygmunt Filipowicz, przewodniczący Rady do spraw Niekonwencjonalnych Metod Terapii przy Ministerstwie Zdrowia i Opieki Społecznej. A to oznacza w praktyce, że uzdrowiciele traktowani są na równi np. z szewcami.

– Prawdziwy bioenergoterapeuta należy do zrzeszenia, jest znany w środowisku. Wielu kończy specjalne kursy, należy do organizacji, to osoby, które mogą udowodnić, że ich leczenie jest skuteczne. Bioenergoterapia to nie szarlataństwo. Kłopot w tym, że łatwo udawać, że ma się zdolności bioenergoterapeutyczne. Dziś aż roi się od oszustów – mówi Janusz Widawski, dyplomowany bioenergoterapeuta.

Grunt to rozsądek

Nikt nie mówi, że medycyna niekonwencjonalna nie może być terapią uzupełniającą tradycyjnego leczenia, warto jednak skonsultować się z lekarzem przed zażyciem specyfików przepisanych przez uzdrawiaczy. Nigdy nie powinniśmy całkowicie rezygnować z kontaktu z lekarzem, do czego namawiają niektórzy szarlatani. Bez konsultacji to jedynie Zbigniew Nowak z telewizora może nam naenergetyzować butelkę mineralnej… Być może nie pomoże, ale i nie zaszkodzi.

 

 

autor:

MAŁGORZATA WÓJCIK

źródło:

Super Nowości


Udostępnij

Komentarze

komentarze