Udostępnij

– Na początku ciężko się przyzwyczaić. Potem, jak już człowiek się ze wszystkim pogodzi, jest dużo łatwiej. Nabywa się wprawy i nikt nie musi ci już pomagać. A nawet to ty zaczynasz uczyć innych, jak normalnie żyć – mówi Jarosław Wiśniewski, masażysta bez dłoni

– Na początku ciężko się przyzwyczaić. Potem, jak już człowiek się ze wszystkim pogodzi, jest dużo łatwiej. Nabywa się wprawy i nikt nie musi ci już pomagać. A nawet to ty zaczynasz uczyć innych, jak normalnie żyć – mówi Jarosław Wiśniewski, masażysta bez dłoni

Jarosław Wiśniewski ma 38 lat. Mieszka z żoną i dwuletnią córeczką w Lubinie. Od dziewięciu lat pracuje jako fizjoterapeuta w Zakładzie Rehabilitacji Leczniczej "Aquapark" w Polkowicach.

Oba przedramiona amputowano mu w 1986 roku. Miał wtedy 14 lat. – Młodzieńcza fantazja – opowiada. – Wszedłem na słup wysokiego napięcia. Rąk nie dało się uratować.

 

Zawsze ciągnęło go do sportu

Czy było mi trudno? Przez pierwsze dwa lata. Na początku ciężko się przyzwyczaić. Potem, jak już człowiek się ze wszystkim pogodzi i weźmie za siebie, jest dużo łatwiej. Nabywa się wprawy. Na początku musiałem się wszystkiego uczyć. Teraz nie mam już problemu z niczym.

Nie od razu zdecydował się na fizjoterapię: – Najpierw studiowałem górnictwo, jak większość moich znajomych z Zagłębia, potem informatykę, aż w końcu w podjąłem decyzję o rozpoczęciu nauki w Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach. Zresztą zawsze ciągnęło mnie do sportu.

Jeszcze przed studiami pan Jarosław był wielokrotnym reprezentantem kraju na mistrzostwach Europy i świata: – Zacząłem od lekkiej atletyki, potem przerzuciłem się na biegi na nartach. Na drugim roku studiów byłem na paraolimpiadzie w Barcelonie, później na dwóch zimowych, w 1994 roku w Lillehammer i w 1998 roku w Nagano. W Barcelonie zdobyłem brązowy medal w biegach na 200 metrów. Dzięki temu miałem stypendium sportowe, dostawałem też rentę. To pozwalało mi się utrzymać w Katowicach.

 

Do pracy samochodem lub rowerem

Jarosław Wiśniewski, masażysta bez dłoni, Serwis-Masazysta.plDlaczego masaż? – Na AWF miałem dwie opcje: wychowanie fizyczne albo rehabilitacja. Wybrałem to drugie, ze specjalizacją odnowa biologiczna. Mogłem uczyć się masażu lub prowadzenia gier i zabaw ruchowych. Ale brakuje mi wyczucia rytmu, a masaż od początku sprawiał mi przyjemność.

Studia skończył w 1999 roku. – I trzeba było poszukać pracy. Sport osób niepełnosprawnych to w końcu nie zawód. Można go trenować, jak się ma czas. Potem trzeba pomyśleć o zarabianiu pieniędzy.

Wrócił do Lubina. – Poszukiwanie pracy zajęło mi rok. Nie chodziło tylko o to, że byłem niepełnosprawny. W zawodzie, który sobie wybrałem, trudno jest znaleźć pracę zaraz po studiach. Z pracodawcami też różnie bywało. Z reguły byli raczej sympatyczni, ale niektórzy odrzucali mnie już na samym początku. Nie wierzyli na przykład, że umiem pisać. Tłumaczyłem, że pisałem nawet maturę, ale nie miało to znaczenia. Jak ktoś nie widzi, to z góry skreśla. Nie daje się żadnej szansy.

Na początku 2000 roku został przyjęty do Zakładu Rehabilitacji Leczniczej "Aquapark" w Polkowicach. – Tu trafiłem na bardzo przyjazny grunt. Bardzo dobrze rozumiem się z ludźmi, z którymi pracuję. Pani prezes też pomogła mi w wielu sprawach.

Do pracy dojeżdża 15 km. – Nie mam z tym problemu. Droga jest dwupasmowa, z szerokim poboczem, więc jeździ się szybko. Mam samochód, czasem przyjeżdżam rowerem albo autobusem. Zależy do pogody. Rower mam trekkingowy, z szerszymi oponami, żeby można było też nim po lasach jeździć. Wyżej sobie podsuwam hamulce, wkładam między nie a kierownicę ręce i radzę sobie bez problemu.

Auto też ma standardowe. – W moim prawie jazdy jest zapis, że potrzebuję samochód dla osoby niepełnosprawnej, ale egzamin miałem już 20 lat temu. Wtedy zdawało się na maluchach, które były dostosowane do osób, które nie mają nóg. Zdecydowanie bardziej mi to przeszkadzało, niż pomagało.

 

19 pacjentów dziennie pięć dni w tygodniu

W Aquaparku pracuje na dwie zmiany, po siedem godzin dziennie, pięć razy w tygodniu. Wykonuje głównie masaże kręgosłupa, relaksacyjne, rąk i nóg.

– Maksymalnie przyjmuję 19 pacjentów w ciągu dnia. Można się napracować. Masażysta to fizyczna praca, czasami bardzo męcząca. Wymaga dobrej formy i wytrzymałości. Nieraz po całym dniu pracy od stania i nachylania się boli mnie kręgosłup. Dokładnie jak moich pacjentów. Wtedy z pomocą przychodzą koledzy z pracy i fundują mi relaksacyjny masaż. Ja odwdzięczam się im tym samym.

– Za co lubię swoją pracę? Za ciągły kontakt z ludźmi. Mam pacjenta tylko dla siebie. Mogę z nim o wszystkim porozmawiać, oczywiście jeśli tego chce. Trzeba to wyczuć. Niektórzy wolą ciszę. Większość jednak opowiada o swojej rodzinie, problemach. Masażysta jest trochę jak barman. Wysłucha, doradzi.

Nieprzyjemne sytuacje? – Bardzo rzadko, może raz na pół roku zdarza się, że jakaś osoba nie chce u mnie masażu. Ale każdemu może się zdarzyć. Przecież ludzie czasami wybrzydzają nawet co do płci rehabilitanta.

Do zakładu przychodzą też niepełnosprawni pacjenci. Pan Janusz służy im radą. – Już na studiach pomagałem niepełnosprawnym kolegom. Tłumaczyłem, jak bez ręki zawiązać sznurówkę, pokroić chleb. Uczę też kolegów z pracy, żeby mogli pomagać swoim pacjentom. Czasami, kiedy widzę u nas w zakładzie pacjenta z podobną wadą, sam do niego pochodzę i rozmawiam. Może będą mógł w czymś pomóc.

 

Robię zakupy, koszę trawę

Po pracy lubi spędzać czas z rodziną. – Żona nie pracuje, zajmuje się domem, ale pomagam jej jak tylko mogę. Gotujemy obiady, robię zakupy czy koszę trawę na działce. A wieczorami lubię razem spacerować.

– Trochę brakuje sportów, które przez tyle lat uprawiałem. Ale dbam o to, żeby brzucha nie złapać. Lata lecą, to trzeba pilnować formy. Masowanie też pomaga, w końcu to niezły wysiłek. Poza tym gram w piłkę w lidze okręgowej – drużyna FC Kaczor. Lada chwila rozpoczną się rozgrywki, więc teraz trenujemy co najmniej dwa razy w tygodniu. Nie lubię tylko stać na bramce, bo tam akurat jestem naprawdę słaby – śmieje się. – Ale niedługo będę musiał zrezygnować z rozgrywek. Dla niektórych moich kolegów z drużyny mógłbym być ojcem. Trzeba ustąpić miejsca młodszym.

Pan Janusz mówi, że teraz niepełnosprawni mają dużo łatwiej niż kiedyś. – Pomogły reklamy w telewizji i zachęcanie pracodawców do dawania szansy niepełnosprawnym. Teraz jak się chce, to można wszystko. Trzeba się tylko postarać.

 

Źródło:

Gazeta Wyborcza Wrocław

Zdjęcie:

Gazeta Wyborcza


Udostępnij

Komentarze

komentarze