Udostępnij

„Watsu journey starts from a free body, an open hearth and peace in your mind”

„Watsu journey starts from a free body, an open hearth and peace in your mind”

O Watsu słyszałem tylko z opowiadań, literatury czy filmów na youtubie. Na jednym ze szkoleń, które prowadziłem poznałem Gosie – terapeutkę zajmującą się tym zagadnieniem. Wprowadziła mnie bardziej w temat i jako pasjonat zafascynowany wszystkim co związane jest z masażem i pracą z ciałem zapragnąłem odbyć sesję Watsu. Gosia podobnie jak ja jest bardzo zapracowaną osobą dlatego umówienie się na sesje zajęło nam kilka tygodni. Z czystym sumieniem, po tym co mnie późnej spotkało, mogę powiedzieć, że opłacało się być cierpliwym.

Przed samym masażem Gosia mimo, że już zdążyliśmy zostać znajomymi nie tylko po fachu przeprowadziła ze mną bardzo szczegółowy wywiad. Zwracam na to szczególną uwagę gdyż jak dobrze wiemy zdarza się w wielu miejscach, że wywiad jest całkowicie pomijany, jak również w relacji koleżanka-kolega po fachu czasem traktujemy się po macoszemu z założeniem, że „na pewno by mi powiedział jak by miał jakieś przeciwwskazania”. W wywiadzie oprócz standardowych informacji Gosia pytała m.in. o wspomnienia związane z wodą (szczególnie te nieprzyjemne), o umiejętność pływania (mimo, że sesja wykonywana jest w płytkim basenie) o chorobę morską i lokomocyjną, a także poinformowała, że bycie podtrzymywanym tak blisko, jak to jest potrzebne do unoszenia się na wodzie może wywołać kwestie związane z intymnością.

Na ankiecie którą podpisuje osoba poddawana sesji bardzo spodobało mi się sformułowanie: „Najlepiej, gdy wsłucham się w serce nadające rytm sesji, co pomoże mi wejść w nią, być i wyjść z niej cokolwiek wydarzy się w sesji”.

Po wstępnej instrukcji jak będzie wyglądać i przebiegać sesja, jak mam się podczas niej zachowywać, jakie znaki będą dawane przez Gosię, udaliśmy się do wody. Była już późna godzina wieczorna (po 22), na dworze ciemno i chłodno, ja lekko zmęczony po całym dniu, także wejście do cieplutkiej wody i nadchodzący relaks był wspaniała wizją. Zanim rozpoczęła się sesja zostałem „ubrany” w specjalne pasy na nogi stosowne do mojej wagi. Ustawiliśmy się przy krawędzi basenu opierając się o niego plecami, a nogami spoczywając jeszcze na dnie basenu robiąc tzw. krzesełko. Kilka głębokich oddechów, zamknięte oczy, muzyka w tle i gdybym w tej chwili napisał, że od tego momentu znalazłem się w innym świecie to bym nie skłamał. Z jednej strony starałem się myśleć o tym co robimy mając na uwadze tekst, który chcę napisać, z drugiej jednak uczucia i wrażenia towarzyszące masażowi sprawiały, że  byłem tam tylko ciałem. Nigdy nie lewitowałem, nie skakałem na spadochronie, nie spadałem z wysokości, a będąc wtedy w wodzie wydawało mi się jakbym to robił tu i teraz. Nie czułem ani grama wagi swojego ciała. Było jakby całkowicie oderwane od mojej duszy i czułem się jakbym był w swoim żywiole. Wszystkie ruchy jakie Gosia wykonywała z moim ciałem były subtelne, rytmiczne, płynne i wprawiały mnie w coraz bardziej błogi stan. Miałem wrażenie jakbym śnił na jawie i przeniósł się w zupełnie inny wymiar. Uczucie to potęgowała fantastyczna muzyka, którą było słychać pod wodą (głowa i uszy były przez większość czasu zanurzone). Pociągnięcie mojego ciała po wodzie powodowały, że czułem się jakbym leciał jak ptak przemierzając setki kilometrów w nieznanym kierunku, a woda to wiatr okalający moje ciało. Moje ciało stało się bardziej sprężyste i elastyczne i ciężko mi było odtworzyć  sobie w głowie pozycje jakie przyjmowałem podczas masażu. Wielkie wrażenie zrobiły na mnie wszelkie ruchy, pozycje, techniki wykonywane z całkowitym zanurzeniem mojego ciała. W tym celu w pewnym momencie sesji Gosia założyła mi zatyczkę na nos i dając mi wcześniej ustalone znaki (w celu nabrania powietrza) i rozpoczęła cały wachlarz technik pod wodą. Będę banalny jak napiszę, że czułem się jak ryba w wodzie. Uczucia towarzyszące tym chwilom to poczucia bezkresnej wolności, beztroski i zapomnienia. Jedną z ciekawych rzeczy, która tez zrobiła na mnie ogromne wrażenie to moment gdy Gosia położyła mnie na dnie basenu i zaczęła po mnie chodzić. Po prostu bombaJ

Nie chciałem by to co mnie spotkało skończyło się tak szybko i mimo, że sesja trwała ok. 45 min to miałem wrażenie, że trwała wieczność. Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu, bo straciłem rachubę czasu i przede wszystkim przeniosłem się w do innego świata – w krainę relaksu, zapomnienia i radości. Moje ciało i dusza miały tego dnia wielka ucztę i już tęsknią za tamtym dniem.

Gosia a w zasadzie Małgorzata Świgoń pokazała mi zupełnie nowy i nieznany dla mnie wymiar pracy  ciałem.  Jest świetna w tym co robi, bo robi to z pasja i sercem. Uczyła się od samego twórcy techniki czyli Harolda Dull’a  (dyrektor szkoły Shiatsu i masażu w Harbin, w północnej Kalifornii).

Wszystkim szczerze polecam aby spróbowali sesji Watsu jak tylko będziecie mieli taka okazję, a szczególnie u Gosi (na stałe w Poznaniu).

W kolejnych tekstach przybliżę bardziej idee i filozofie Watsu i już teraz gorąca zachęcam do lektury.

 

Pozdrawiam

Rafał Uryzaj


Udostępnij

Komentarze

komentarze