Udostępnij

Tekst ten to kolejny dowód na to, że w polskich szkołach masażu nie dzieje się dobrze. Mam na myśli przede wszystkim prywatne szkoły, które mają akredytację MEN lub realizują program MEN. Poprzednio pisaliśmy o Trigerze (TUTAJ). Tym razem czas na kolejną szkołę. Na prośbę autorki nie podaję jej imienia.

Tekst ten to kolejny dowód na to, że w polskich szkołach masażu nie dzieje się dobrze. Mam na myśli przede wszystkim prywatne szkoły, które mają akredytację MEN lub realizują program MEN. Poprzednio pisaliśmy o Trigerze (TUTAJ). Tym razem czas na kolejną szkołę. Na prośbę autorki nie podaję jej imienia. Chronologia mojej korespondencji nieco na odwrót i najpierw przytaczam wiadomość sprzed 2 dni, a następnie wiadomości z lutego kiedy nie miałem jeszcze pozwolenia na publikację.

Zapraszam do smutnej lektury… Szczerze mówiąc wolimy eksponować dobre przykłady jednak obok chałtury nie możemy przechodzić jako portal obojętnie.

(pisownia w wersji oryginalnej)

 

1-09-2015

„Cześć,

nie wiem czy mnie pamiętasz, ale pisałam do Ciebie mail’a w lutym odnośnie mojej feralnej szkoły masażu. Obiecałam, że jak ją skończę to napisze co to za szkoła ku przestrodze innym. „AP Edukacja” w Krakowie – tak się nazywa. Wiem, że to sieciówka i że w innych miejscach może być całkiem inaczej, ale tą w Krakowie odradzam wszystkim, którzy chcą mieć spokojne 2 lata i więcej czasu poświęcić na naukę niż na „dożeranie” się ze szkołą i wszystkim co związane z jej organizacją.

Piszę dopiero teraz bo tak jak wspomniałam wcześniej chciałam mieć pewność, że już nic mnie z nią nie łączy. Odebrałam dziś papiery … i dyplom. Oczywiście do końca nie obyło się bez przysłowiowych „jaj” związanych ze szkoła, ale nie chce mi się już do tego wracać. Cieszę się, że mam to już za sobą, bo ostatni semestr to już wogóle bił na głowę wszystko. Napiszę tylko tyle: podeszliśmy do egzaminu rzutem na taśmę – o deklaracjach dowiedzieliśmy się w ostatnim dniu, kiedy można ją było złożyć. A egzamin? Kosztował nas najpierw 100 zł, potem szkoła do rzuciła jeszcze jakieś inne koszty i musieliśmy jechać specjalnie i dopłacać 30 zł. Ale to nic – wydawać by się mogło, że skoro płacę za egzamin to wystarczy, że na niego przyjdę. Otóż nie! W przeddzień mojego egzaminu nie miałam czasu by coś powtórzyć albo chociaż się wyciszyć, odpocząć i skupić. Dzień przed egzaminem musieliśmy się stawić szkole by sprzątać, układać stoły itp. Byłam w ostatniej grupie zdających, więc po egzaminie z automatu musiałam zostać i sprzątać wszystko z powrotem. Może to nie jest ważne, ale dla mnie było….nigdzie indziej nie spotkałam takiej sytuacji… poza tym co w takim razie kosztowało 130 zł?

Kadrę i program a to co zrobiliśmy pomijam…bo musiałabym elaborat napisać.

Tak sobie myślę, czy to nie jest strzał w kolano, że to piszę. Bo przecież krytykuje szkołę, którą mam w CV. Ale mam nadzieję, że to nie jedyny a przynajmniej nie najważniejszy wyznacznik i rzecz która jakoś wartościuje czy określa osobę jako masażystę. I że nie tylko to biorą pod uwagę potencjalni pracodawcy… Ale nie pisząc tego czułabym się wewnętrznie źle, że pozwalam na takie kłamstwo/oszustwo/fuszerkę, że narażam innych na to samo. Po prostu nie mogę się zgodzić z taką sytuacją.

Wogóle to myślałam, że problem rozwiązał się sam, ponieważ klasę ode mnie młodszą (tą która teraz powinna zaczynać 3 semestr) rozwiązano – za mało osób by osiągać zyski. I chodziły słuchy, że rozwiązują kierunek. Ale okazuję się, że rekrutacja trwa. Wobec czego ostrzegam wszystkich, którzy idą do szkoły nie po legitymacje, zaświadczenie, z nudy czy dlatego że im rodzice kazali, by nie wybierali AP. A ci co idą z tych właśnie powodów? nie wiem…tak sobie myślę, że może lepiej aby takie osoby skupiły się w jednym miejscu i nie przeszkadzały innym chcącym faktycznie się czegoś nauczyć… ale to tylko moje wolne przemyślenia.”

 

13-02-2015

„Dzień dobry,

Długo myślałam na tym, czy napisać tego maila i w zasadzie chciałam to zrobić za pół roku…. jak skończę ostatni semestr w policealnej szkole masażu, ale temat jakości szkoleń, kursów i szkół masażu jest teraz na świeczniku więc napiszę teraz to, co od dawna mnie gryzie. Po pierwsze chciałam podziękować Panu oraz kilku innym pasjonatom (np. chłopakom z „Projekt Masaż”) za to co robicie, za to że dostarczacie inspiracji i „ciągniecie” za sobą osoby takie jak ja, żeby się uczyć, patrzyć szeroko na człowieka i ciągle się doskonalić. Miałam na studiach możliwość wybrania specjalizacji związanej z szeroko pojętą odnową psychosomatyczną, ale stwierdziłam że najpierw chciałbym zostać technikiem masażu a potem szkolić się dalej w tej dziedzinie. Traktowałam studium jako „bazę”, na której oprę swoją dalszą naukę. Chciałam wiedzieć co i jak, gdzie co z czym jest powiązane i jak tu się zabrać za człowieka….człowieka w całości a nie tylko jakąś jego cześć do masowania. Wychodziłam z założenia, że jeśli ktoś bardzo chce to nie ważne do jakiej szkoły pójdzie, to się nauczy „bo przecież on strasznie chce”, stara się,czyta, szuka i chce tylko aby ktoś mu wskazał drogę, naprowadził, wytłumaczył, pokazał. Nie jestem typem który oczekuje, że wiedza zostanie podana mi na tacy. Jedyne co oczekiwałam to, to co napisałam wyżej. Tym bardziej, że w dziedzinie masażu nie da się nauczyć czegoś na pamięć, wykuć schematów. Trzeba to poczuć … i ja właśnie chciałam i miałam nadzieję, że ktoś mnie tego „czucia” nauczy…

Zapisałam się. Mieszkam w Krakowie, duże miasto gdzie szkół masażu jest kilka, jak nie lepiej. Wybrałam jedną ze szkół, której tryb pozwala mi na pogodzenie jej z pracą. Nie będę zdradzać jej nazwy, ale to szkoła policealna należąca do tzw. centrów edukacji. W ŻYCIU NIE CZUŁAM SIĘ BARDZIEJ OSZUKANA! Na wstępie muszę powiedzieć, że mimo wszystko chcę ją skończyć bo ciągle wierze (być może naiwnie), że skoro ja tak bardzo chce i mi zależy to ja się nauczę…choćby sama w domu, druga sprawa jest taka, że nie ze względów na pracę nie znalazłam innej szkoły, z którą mogłabym ją pogodzić. A teraz do rzeczy, czyli o jakości kształcenia:

Wydawać by się mogło, że podstawą będzie wiedza z anatomii. I to jest moja największa bolączka dotycząca tej szkoły. Pierwszy rok miałam anatomię z…położną. Rok „uczyliśmy” się o układzie rozrodczym. Na nasze sugestie o tym, że mija już rok a my kulejemy z anatomią, nie było odzewu… ani ze strony prowadzącej, ani dyrekcji szkoły. Nie wytrzymałam i powiedziałam to co leży mi na sercu. Zrobiła się awantura, pani zrezygnowała z pracy. Szkoła olała sprawę, a następną anatomię mieliśmy pod koniec 3 semestru gdyż nie było nauczyciela. Przyszła pani kulturystyka i może zacytuję: „w zasadzie to nie wiem co mam państwu przekazać… mnie interesują 3 mięśnie: biceps, triceps, i pośladkowy większy… o nich mogę opowiadać a reszta jak mówiłam mnie nie interesuje” – tak…to jest autentyczny cytat! To mówi samo za siebie i obszerniejszego komentarza chyba nie trzeba. Myślałam, że to kolejny nieudany żart… czułam się bezsilna i na prawdę chciało mi się płakać. Pani po tej lekcji już nas nie uczy. Teraz uczy nas pan ratownik medyczny… uczy o ile przyjdzie na zajęcia 🙁 Anatomii staram się uczyć sama, ale czasem po prostu chciałabym, żeby ktoś mi pokazał, wytłumaczył co jak ze sobą współgra… itp… ile mogę tyle robię sama… ale chciałbym, żeby ktoś chociaż to skontrolował czy idę w dobrą stronę. Mam dość traktowania nas uczniów przez prowadzących zajęcia jako kolejnej fuchy, do dorobienia sobie. Na prawdę tak się czuję. Bardzo instrumentalne podejście do uczniów i swojej pracy. Tym bardziej boli fakt, że przecież my- uczniowe mamy potem pracować z ludźmi. Na prawdę bardzo boli mnie ta sytuacja i nie daje spokoju myślom. Nie wiem już co mam robić

Zagadnienia kliniczne – kolejny wydawałoby się bardzo ważny przedmiot. Co robiliśmy na nim? Pani dyktowała(!) książki Pana Zborowskiego a my pisaliśmy w zeszycie… tyle. Czy to coś mi dało? Przecież sama to mogę przeczytać w domu. Jaka jest więc rola nauczyciela? Przecież taki przedmiot to studnia bez dna…Nie było żadnych innych informacji. Opis choroby, wskazania, przeciwskazania, i kolejna i następna. Co gdzie, jak, dlaczego, i jak z tym pracować, z czym łączyć, z czym kojarzyć – z tego nic. Ktoś zrobił ze mnie głupka….

Zajęcia praktyczne – to jest ok. Nie mam porównania jak uczą w innych szkołach, jak prowadzone są zajęcia. To pewnie zostanie zweryfikowane później…

Brakuje mi jeszcze jednego elementu. Jak widać w mojej szkole przedmioty teoretyczne leżą i kwiczą. No właśnie – czy można mówić w szkole masażu o podziale na przedmioty teoretyczne i praktyczne? Przecież to jedna całość. Jak mam być praktykiem skoro nie umiem powiązać pewnych rzeczy z teorią? A czy samą teorią komuś pomogę? Jeśli już mowa o podziale na teorię i praktykę to jest potrzebny jeszcze ktoś, kto pokaże jak to się ze sobą łączy. Odbyłam praktyki w przychodni. I tu właśnie wszystko wyszło na jaw. Co z tego, że choćbym najlepiej na świecie rozcierała, ugniatała itp, jeśli nie będę wiedzieć i widzieć szerzej kogoś, jego choroby, bólu to nie tylko mu nie pomogę ale przecież bardziej zaszkodzę. Przecież na masaż nie przychodzi „lewa dolna kończyna” czy „staw łokciowy” tylko cały człowiek.

Ostatnia sprawa, która chciałam poruszyć to kwestia tego jak wielu ludzi przypadkowo trafia do takich szkół. Bo legitymacja, zniżki, renta itp… Nas było na początku 40, teraz jest 8. Wkurzało mnie strasznie, jak na praktycznych zajęciach coś ćwiczyliśmy a ktoś koło mnie puszczał muzykę na full, na kozetkę wykładał chipsy i spoko…jest impreza..Ile zajęć straciliśmy (my, ci co wiedzą po co przyszli do tej szkoły) przez nich?Długo zbierałam na stół do masażu, taki najzwyklejszy. Kupiłam i cieszyłam się, że wreczcie będę mogła ćwiczyć w domu. Podzieliłam się informacją ze znajomymi z grupy. Część się oburzyła i skomentowała „na serio nie masz na co pieniędzy wydawać?” Większość z tych osób zrezygnowała, ale cześć została. Być może części uda się zdać egzamin… i co wtedy? Nie rozumiem i nigdy nie zrozumie takiego podejścia.

Przede mną ostatni semestr szkoły. Wiem, że muszę się bardzo zmobilizować. Chciałbym zdać egzamin, ale nawet jeśli mi się to uda to wiem, że nie jestem dobrze przygotowana do pracy. Jeśli nie zdam, to nie uznam tego jako własną porażkę, a raczej szansę by więcej się nauczyć i zdać potem, lepiej się przygotować do pracy z ludźmi, tak przecież odpowiedzialnej. Zdaję sobie sprawę, że egzamin państwowy to nie wyrocznia, ale jednak daje on jakieś jakieś porównanie. Marzy mi się kilka szkoleń i kursów. Póki co staram się na nie odłożyć. Zrobiłam na razie jeden – kurs masażu bańką chińską. Tak na początek. Trafiłam na dobry kurs i świetną prowadzącą. I właśnie dzięki takim kursom, Panu, kilku innych osobach i instytucjach wiem, że oprócz mojej 'szkoły” istnieje jeszcze coś innego. Ludzie i miejsca gdzie uczą pracy z człowiekiem, zarażają pasjami, gdzie po zajęciach człowiek wychodzi i ma wrażenie, że ktoś mu w głowie otworzył jakieś drzwiczki, włączył jakaś lampkę która mi coś oświetli, pomoże zrozumieć…a ja to podam dalej i pomogę innym. Chciałabym, żeby takie coś było normą w szkołach masażu a nie wyjątkiem.

Czuję, że chcę to robić. Ciągle jeszcze mam nadzieję i walczę o to, by robić to co zawsze chciałam i o czym marzyłam. Zdaje sobie sprawę z tego jak długa przede mną droga by nazwać się masażystą w pełni tego słowa znaczeniu.

Jeszcze raz dziękuję za to co Pan zrobił i robi. Czytam, oglądam filmiki i za każdym razem czekam z niecierpliwością na następny. Być może kiedyś uda mi się uczestniczyć w Pana kursie 😉

Cieszę się, że ktoś poruszył i nagłośnił kwestię dotyczącą jakości szkolenia masażystów. Myślałam, że zostałam sama na placu boju jeśli chodzi o moją szkołę i grupę i o to co się dzieje w takich miejscach. Teraz wiem, że problem jest szerszy i nie dotyczy tylko mojej „szkoły”.

PS: To co napisałam jest wielkim skrótem tego co się dzieje. To kilka problemów, które najbardziej kłują mnie w oczy. Jest jeszcze wiele kwestii, ale chyba za dużo by tego było jak na jeden mail ;p

PPS: moja szkoła też ma w statusie „realizujemy program MEN”. Ile jest takich „szkół” jak moja? Nie wiem…”

 

13-02-2015 godzinę później

„W takim razie Rafale – oczywiście zgadzam się na publikację mojego maila (tylko tak jak mówisz, prosiłabym o zmianę imienia). Nie boję się mówić o tym głośno, ale problem w tym, że ja już nie wiem gdzie o tym mówić… dziś wróciłam ze szkoły, znów po awanturze. Tak jak pisałam w poprzednim mailu – rozmowy z dyrekcją nie przynoszą żadnego skutku. Dla mojej szkoły liczą się tylko pieniądze. Nie wiem czy czerpie ona zyski z dofinansowanie z UE (tak jak było to w reportażu), ale my płacimy miesięczne czesne za naukę więc tym bardziej mamy prawo upominać się i walczyć o to co nam się prawnie należy. I właśnie w tym sens, że nasza energia jest pożytkowana na to by dosłownie walczyć o to by anatomia i wiele innych przedmiotów odbywała się na właściwym poziomie ( o ile w ogóle się odbywa) a nie na to by się uczyć i rozwijać. W życiu nie pomyślałabym, że edukacja może odbywać się w taki sposób – tym bardziej, że ponoć czuwa nad tym kuratorium, rzekomo realizujemy przecież program MEN. Dałam się oszukać, a myślałam że te instytucje są gwarantem chociaż minimalnego poziomu nauczania – myliłam się. A przecież sprawdzałam jakich przedmiotów się będę uczyć, kto czuwa nad tą szkołą itp. Nie życzę nikomu takiej sytuacji, dlatego postanowiłam napisać do Was, bo widzę że coś robicie w tym temacie i działacie.”

Komentarz i przemyślenia pozostawiamy Wam…

Redakcja

Podobne tematy:

Kursy masażu cz.1 – Trigger wyznania kursantki

Interwencja

Pokłosie interwencji


Udostępnij

Komentarze

komentarze