Udostępnij

Gdy misy zaczynająGdy misy zaczynają wibrować, Maciek zamyka oczy, a na jego buzi pojawia się błogi uśmiech. Spastyczne, sztywne do bólu nogi luźno układają się na sakwie. Tak działa tybetański koncert pani Asi.
Gdy misy zaczynają wibrować, Maciek zamyka oczy, a na jego buzi pojawia się błogi uśmiech. Spastyczne, sztywne do bólu nogi luźno układają się na sakwie.

Gdy misy zaczynająGdy misy zaczynają wibrować, Maciek zamyka oczy, a na jego buzi pojawia się błogi uśmiech. Spastyczne, sztywne do bólu nogi luźno układają się na sakwie. Tak działa tybetański koncert pani Asi.
Gdy misy zaczynają wibrować, Maciek zamyka oczy, a na jego buzi pojawia się błogi uśmiech. Spastyczne, sztywne do bólu nogi luźno układają się na sakwie. Tak działa tybetański koncert pani Asi.
 
Opuszczone do połowy rolety dają lekki półmrok. Można zapaść się w miękką sakwę, przymknąć oczy i słuchać, jak sala wypełnia się dźwiękami. Joanna Sais-Wieczorek, terapeutka z Zespołu Szkół Specjalnych w Opolu, zaczyna koncert. Uderza w misy tybetańskie, gra na gongu wietrznym, bębnie oceanicznym, kiju deszczowym, dzwoni dzwonkami shanti.
 
Piotrek zamyka oczy, unosi buzię, jakby chciał całym sobą chłonąć dźwięki. Maciek się uśmiecha, a spastyczne, sztywne od bólu nogi luźno układają się na sakwie. Wioletka delikatnie kręci głową w rytm muzyki, Konrad przechylił się w stronę ukochanej opiekunki Małgosi Małko, która trzyma go za rękę. Słucha wpatrzony. Z kolei Mateusz jest najszczęśliwszy, gdy pani Asia dzwoni mu dzwonkami nad głową, chce je złapać, jest teraz zręczny jak zdrowe dziecko. Śmieje się w głos. 
 
Zasłuchane w muzykę dzieci to podopieczni ZSS – wszyscy cierpią na głębokie upośledzenie.
 
– Nie powiedzą, że coś ich boli, nie poskarżą się. Szukamy więc wszystkich możliwych metod, by móc się z nimi porozumieć. Jedną jest właśnie terapia i masaż dźwiękiem według metody Petera Hessa. Daje zadziwiające efekty – opowiada Joanna Sais-Wieczorek, która jest jedynym na Opolszczyźnie nauczycielem stosującym tę metodę w terapii, pionierem przecierającym dopiero szlaki.
 
Te zadziwiające efekty można zobaczyć od razu. Obok zmęczonego zajęciami, poddenerwowanego Maćka siada pani Asia. Kładzie mu na kolanach misę i zaczyna w nią delikatnie uderzać. Wibrujący dźwięk rozchodzi się po ciele, które też zaczyna drgać. Maciek się rozluźnia momentalnie. Masaż dźwiękiem odpręża, relaksuje, obniża napięcie. 
 
– Takie metody relaksacyjne są prowadzone w szanujących się wellness i spa, wykorzystywane do rehabilitacji. A teraz także i u nas – uśmiecha się Joanna Sais-Wieczorek i tłumaczy działanie terapii: – Wibracje, przenoszone na ciało, wprowadzają je w stan homeostazy, czyli naturalnej równowagi, która likwiduje napięcie fizyczne i emocjonalne. 
 
Misy dźwiękowe wyglądają całkiem zwyczajnie, ale to w rzeczywistości bardzo skomplikowane urządzenia. Składają się ze stopu 12 metali, są kute ręcznie przez Nepalczyków i – niestety – bardzo drogie. 
 
– Staramy się wszelkimi możliwymi sposobami pozyskać pieniądze, dzięki którym uda nam się skompletować nasze własne instrumenty. Te, na których pracujemy teraz, są pożyczone – przyznaje terapeutka. 
 
Terapia dźwiękiem od kilku lat jest jednym z kierunków kształcenia (chociażby na Akademii Muzycznej w Łodzi) i metodą wykorzystywaną przy pracy z osobami upośledzonymi. ZSS w Opolu prowadzi ją od roku. I to nie tylko w wersji tybetańskiej.
 
– Udało nam się także kilkakrotnie zorganizować zajęcia z muzyki afrykańskiej przy wykorzystaniu bębnów djembe, które są idealnym instrumentem do wyrażania emocji: od radości po agresję. A więc kolejnym sposobem ekspresji uczuć dla tych, którzy nie są w stanie o nich opowiedzieć słowami – mówi Joanna Sais-Wieczorek. – Dzieci miały na zajęciach superfrajdę, ile było radości! Jeszcze nieraz postaram się te bębny zorganizować. My tu zrobimy wszystko, staniemy na głowie, żeby poprawić jakość życia naszych podopiecznych.
 
Niepełnosprawne dzieci przychodzące na terapię dźwiękiem, choć o tym nie opowiedzą, mają swoje ulubione melodie, bajki, filmy. 
 
Konrad kocha kino. Siedzi pochylony do przodu, wpatrzony w ekran. Ostatnio bardzo mu się spodobała bajka o ślimaku imieniem Turbo. 
 
– Ciągle wodził wzrokiem za bohaterem, nie spuszczał go z oka – uśmiecha się Agnieszka Zarek, terapeutka i pedagog specjalny. – Mateusz i Maciek uwielbiają słuchowiska. Włączamy im różne bajki, a po reakcjach na to, co słyszą, wiemy na przykład, że nie przepadają za „Kopciuszkiem”. Wiercą się, kręcą, zaczynają marudzić. Przełączamy na kolejną bajkę i znów słuchają jak zaczarowani. Terapia to nie tylko zajęcia w sali, bo bodźce stymulujące rozwój są wszędzie. Dzieci chodzą więc do kina, teatru, zoo, muzeum. Mają ćwiczenia manualne, dużo spacerują, poznają Opole.
 
Źródło:
 
Podobne tematy:
 
Joanna Sais Wieczorek: – Nie możemy im przekazać wiedzy z podręczników, więc w taki sposób uczymy ich świata. wibrować, Maciek zamyka oczy, a na jego buzi pojawia się błogi uśmiech. Spastyczne, sztywne do bólu nogi luźno układają się na sakwie. Tak działa tybetański koncert pani Asi.
 
Opuszczone do połowy rolety dają lekki półmrok. Można zapaść się w miękką sakwę, przymknąć oczy i słuchać, jak sala wypełnia się dźwiękami. Joanna Sais-Wieczorek, terapeutka z Zespołu Szkół Specjalnych w Opolu, zaczyna koncert. Uderza w misy tybetańskie, gra na gongu wietrznym, bębnie oceanicznym, kiju deszczowym, dzwoni dzwonkami shanti.
 
Piotrek zamyka oczy, unosi buzię, jakby chciał całym sobą chłonąć dźwięki. Maciek się uśmiecha, a spastyczne, sztywne od bólu nogi luźno układają się na sakwie. Wioletka delikatnie kręci głową w rytm muzyki, Konrad przechylił się w stronę ukochanej opiekunki Małgosi Małko, która trzyma go za rękę. Słucha wpatrzony. Z kolei Mateusz jest najszczęśliwszy, gdy pani Asia dzwoni mu dzwonkami nad głową, chce je złapać, jest teraz zręczny jak zdrowe dziecko. Śmieje się w głos. 
 
Zasłuchane w muzykę dzieci to podopieczni ZSS – wszyscy cierpią na głębokie upośledzenie.
 
– Nie powiedzą, że coś ich boli, nie poskarżą się. Szukamy więc wszystkich możliwych metod, by móc się z nimi porozumieć. Jedną jest właśnie terapia i masaż dźwiękiem według metody Petera Hessa. Daje zadziwiające efekty – opowiada Joanna Sais-Wieczorek, która jest jedynym na Opolszczyźnie nauczycielem stosującym tę metodę w terapii, pionierem przecierającym dopiero szlaki.
 
Te zadziwiające efekty można zobaczyć od razu. Obok zmęczonego zajęciami, poddenerwowanego Maćka siada pani Asia. Kładzie mu na kolanach misę i zaczyna w nią delikatnie uderzać. Wibrujący dźwięk rozchodzi się po ciele, które też zaczyna drgać. Maciek się rozluźnia momentalnie. Masaż dźwiękiem odpręża, relaksuje, obniża napięcie. 
 
– Takie metody relaksacyjne są prowadzone w szanujących się wellness i spa, wykorzystywane do rehabilitacji. A teraz także i u nas – uśmiecha się Joanna Sais-Wieczorek i tłumaczy działanie terapii: – Wibracje, przenoszone na ciało, wprowadzają je w stan homeostazy, czyli naturalnej równowagi, która likwiduje napięcie fizyczne i emocjonalne. 
 
Misy dźwiękowe wyglądają całkiem zwyczajnie, ale to w rzeczywistości bardzo skomplikowane urządzenia. Składają się ze stopu 12 metali, są kute ręcznie przez Nepalczyków i – niestety – bardzo drogie. 
 
– Staramy się wszelkimi możliwymi sposobami pozyskać pieniądze, dzięki którym uda nam się skompletować nasze własne instrumenty. Te, na których pracujemy teraz, są pożyczone – przyznaje terapeutka. 
 
Terapia dźwiękiem od kilku lat jest jednym z kierunków kształcenia (chociażby na Akademii Muzycznej w Łodzi) i metodą wykorzystywaną przy pracy z osobami upośledzonymi. ZSS w Opolu prowadzi ją od roku. I to nie tylko w wersji tybetańskiej.
 
– Udało nam się także kilkakrotnie zorganizować zajęcia z muzyki afrykańskiej przy wykorzystaniu bębnów djembe, które są idealnym instrumentem do wyrażania emocji: od radości po agresję. A więc kolejnym sposobem ekspresji uczuć dla tych, którzy nie są w stanie o nich opowiedzieć słowami – mówi Joanna Sais-Wieczorek. – Dzieci miały na zajęciach superfrajdę, ile było radości! Jeszcze nieraz postaram się te bębny zorganizować. My tu zrobimy wszystko, staniemy na głowie, żeby poprawić jakość życia naszych podopiecznych.
 
Niepełnosprawne dzieci przychodzące na terapię dźwiękiem, choć o tym nie opowiedzą, mają swoje ulubione melodie, bajki, filmy. 
 
Konrad kocha kino. Siedzi pochylony do przodu, wpatrzony w ekran. Ostatnio bardzo mu się spodobała bajka o ślimaku imieniem Turbo. 
 
– Ciągle wodził wzrokiem za bohaterem, nie spuszczał go z oka – uśmiecha się Agnieszka Zarek, terapeutka i pedagog specjalny. – Mateusz i Maciek uwielbiają słuchowiska. Włączamy im różne bajki, a po reakcjach na to, co słyszą, wiemy na przykład, że nie przepadają za „Kopciuszkiem”. Wiercą się, kręcą, zaczynają marudzić. Przełączamy na kolejną bajkę i znów słuchają jak zaczarowani. Terapia to nie tylko zajęcia w sali, bo bodźce stymulujące rozwój są wszędzie. Dzieci chodzą więc do kina, teatru, zoo, muzeum. Mają ćwiczenia manualne, dużo spacerują, poznają Opole.
 
Joanna Sais Wieczorek: – Nie możemy im przekazać wiedzy z podręczników, więc w taki sposób uczymy ich świata.

Udostępnij

Komentarze

komentarze